Te dźwięki, pochodzące z płyty "Dummy" (1994), jeżą pozostałe jeszcze na mojej głowie włosy: Szczerze mówiąc, zespół Portishead to banda dziwaków. I nawet nie mam na myśli strasznej, nieuleczalnej choroby, jaką dotknięta jest wokalistka Beth Gibbons - schizofrenii czy tego, że Geoff Barrow, marzący o karierze grafika jest daltonistą. Chodzi o sposób, w jaki muzycy traktują dźwięk, by nabrał głębi i szlachetności. Otóż wszystkie instrumenty nagrywają na taśmę bądź tłoczą na winylu (nawet zaaranżowane z pietyzmem partie wieloosobowej orkiestry smyczkowej), następnie wprowadzają do pamięci samplerów i dopiero wykorzystują. Szerokim łukiem omijają elektronikę cyfrową, w zamian wykorzystując przedpotopowe analogowe organy, syntezatory, pogłosy, efekty i wyprodukowane w latach 60. gitary. Druga płyta "Portishead" (1997) była nieco trudniejsza w odbiorze: Po wydaniu rok później płyty koncertowej zespół zniknął - z upływem każdego roku coraz mniej osób wierzyło, że ...